środa, 15 sierpnia 2012

12.08.2012r

Spodziewaj się nieoczekiwanego

Powiedzmy, że zastój na blogu był spowodowany przez nagły wyjazd. Byłam na przymusowych wakacjach w Wiedniu. Rodzice wysłali mnie na "odpoczynek". Tak naprawdę chcieli mnie mieć po prostu z głowy. Można powiedzieć, że do najmilszych nie należę i moja reakcja na tą wieść była dość gwałtowna. Zwłaszcza w takiej sytuacji. Jednak ten wyjazd mi pomógł. Wszystko przemyślałam, odcięłam się od niepotrzebnych bodźców i wyszło mi to na dobre. Szkoda tyko, że to nie pomogło czegoś zmienić. 

Spędziłam tydzień z kompozytorką, pianistką. Niesamowita kobieta. Mimo przeciwności losu nigdy się nie poddała. Jej zamiłowanie do natury, wewnętrzny spokój, podświadomie działały kojąco. W pewnym sensie była dla mnie aniołem stróżem. Pokazała mi nową ścieżkę, którą mogę podążyć jeśli chcę. Niesamowite.


"Już wróciłam. Koniec wolnego."
Naciskam klawisz "wyślij" i niedbale rzucam komórkę na łóżko. Wiem, że szybko nie odpisze. Niestety ma nawyk zostawiania swojego telefonu byle gdzie tylko nie przy sobie. Mija jedna godzina, druga, a ja bezczynnie siedzę przy komputerze, przeglądając jakieś głupkowate strony internetowe. Wszystko byle uwolnić się od natłoku myśli. Nagle słyszę jakieś dziwne burczenie. Po chwili doznaje olśnienia. Szybko chwytam komórkę, nie patrząc na wyświetlacz, odbieram. 
-Wyjdź na podwórko.- słyszę męski głos. 
Z ogrodu słyszę wesoło szczekającego psa. Niechętnie wlekę się po schodach, i otwieram drzwi. Patrzę na osobę bawiącą się z małą, kudłatą kulką. Szczęka mi odpada. Mój przyjaciel, chłopak niespodziewanie udał się z drugiego końca miasta (na rowerze), żeby wyciągnąć mnie na spacer.   

To zwyczajna sytuacja, ale uświadomiła mi, że mimo wszystko przyjaciele są jedną z najważniejszych rzeczy w życiu. Nie umiem ubrać w słowa pozytywnych myśli krążących na ich temat. To oni pomagają w trudnych chwilach, nie zostawiają na lodzie i nawet jeśli wszystko by się waliło po prostu będą Jestem dumna, że ja właśnie takich przyjacół mam.
Ten wpis bardzo ciężko mi było złożyć. Wybiłam się z rytmu blogowania, ale obiecują poprawę. Bardzo dziękuję za miłe słowa pod ostatnim wpisem. Jestem naprawdę wdzięczna.
Pozdrawiam
Vivenn

środa, 1 sierpnia 2012

1.08.2012r

Mam marzenie...

Marzenia są dobrą rzeczą. Często tylko one utrzymują nas przy swoich postanowieniach i zmuszają aby być wytrwałym.
Teraz kiedy leżę na łóżku, zamykam oczy i marzę. Marzę o szczęśliwej, pełnej rodzinie, o szczęściu i przede wszystkim o cudzie. Jednak w mojej obecnej sytuacji ciężko jest mówić o jakiejkolwiek z tych rzeczy. Jeszcze wczoraj moje spojrzenie na świat było zupełnie inne.

"Zakochanie jest cholernym uczuciem. Łazisz jak po środkach rozweselających, szczerzysz się jak debil i myślisz aż nadto pozytywnie. No, a wakacje w tym jeszcze pomagają. Podsumowując jestem jak po psychotropach. Za szczęśliwa."
Tak miał brzmieć początek notki, jednak życie spłatało mi niezłego figla. Albo inaczej, dało kopa w tyłek. Z rozmachu. Tak mocno, że wszystko się zawaliło.

Diagnoza jest prosta jak drut. Nie cholerny kamień na nerce, ale rak. Złośliwy dodatkowo.
Teraz chodzę po pokoju i obijam się od jednej ściany do drugiej. Nie dociera to do mnie. Stracisz ją słyszę głos w swojej głowie. Stracę kolejną osobę, na której tak naprawdę mi zależy. Drugą w tak krótkim czasie. Wiem, że to nie wyrok, ale w tym wieku i z chorobami na swoim koncie ciężko jest powiedzieć o wysokiej szansie na wyzdrowienie.
Miałam nikomu tego nie mówić. Zostawić tę strawę w rodzinie. Ale nie umiem. Muszę komuś to powiedzieć. Inaczej wybuchnę. I tak piszę w zupełności anonimowo. Nikt mnie tu tak naprawdę nie zna. Nie wie jak wyglądam, ani jak mam na nazwisko.

Teraz patrzę na tytuł bloga "myśląc pozytywnie". Cóż za ironia. Aż śmiać się che. Zrobiła bym to, ale wychodzi mi tylko jakiś niezidentyfikowany grymas. Trudno...
Pozdrawiam
Vivenn